10 rzeczy, których nauczyły mnie studia


Jak możecie wywnioskować z tytułu, skoro mnie studia czegoś nauczyły, to pewnie jestem jakimś absolwentem albo coś takiego. Albo mogę być jeszcze studentem. Albo mogłem rzucić studia. Nigdy nie wiadomo 👎🐱👍. W każdym razie temat studiów nie jest mi obcy.

I nieważne czy studia skończyłem, czy nie. Czy studiuję jeszcze, czy już nie. Wiedza w głowie pozostaje.

Jaka to jednak wiedza? Czego się nauczyłem? Cóż, oprócz twardej wiedzy z dziedzin, jakie studiowałem (slawistyka, etnologia i parę innych na ogunach), to nabyłem również pewnego rodzaju meta-wiedzę. Są to moje obserwacje na temat tego, jak wygląda "gra w studia" czy ogólnie "gra w życie" na przykładzie studiów.

No więc tak:

1. Warto być geekiem

To, że warto mieć pogłębioną wiedzę na jakiś temat, a nie tylko "przeczytam artykuł z wikipedii". Warto drążyć, zbierać materiały, analizować od wielu stron. Często po całym semestrze chodzenia na cotygodniowy przedmiot (30 godzin) ma się wrażenie, że się temat dopiero liznęło, a co dopiero jeśli dany temat znało się tylko z godzinnego przeglądania internetu.

A na dogłębne poznanie danego tematu potrzeba czasu. Jest to praca na lata.

2. Szybka nauka

Ale też odwrotnie - wszystkiego da się nauczyć w o wiele krótszym czasie niż się wielu osobom wydaje (jak każdy student wie - nauka kilka godzin przed egzaminem materiału z całego semestru jest jak najbardziej możliwa).

Na studiach przekazuje się wiedzę - ale bardzo wolno. I nie jest to tylko kwestia niewydajności mowy w porównaniu do tekstu (tj. że ludzie szybciej czytają skrypty z zajęć niż wykładowca je mówi). Chodzi też o to, że na wykładzie musisz chłonąć wszystko. Wykładowca prawi banały ("nie wiem czy państwo wiedzą, ale Warszawa jest stolicą Polski...") albo powtarza to, co już powiedział.. Taki szum informacyjny utrudnia naukę.
A ucząc się z notatek, skryptów, konspektów, nawet z wikipedii czy z chomików - jesteś w stanie czytać selektywnie i wybierać rzeczy, które są istotne.

Można to odnieść do wielu innych rzeczy. Chcesz wiedzieć więcej na jakiś temat? To poświęć parę(naście) godzin na zrobienie solidnego researchu, na szukanie materiałów, na zapisanie przydatnych informacji.

A ludzie tego nie robią. Prędzej założą kolejny wątek na forum internetowym i czekają kilka godzin (a czasem nawet kilka dni), aż ktoś im udzieli informacji, na które mogliby sobie sami znaleźć odpowiedź w Google, na Wikipedii, Youtube itp.

3. Doktor... czyli kto?

Stopnie naukowe niewiele świadczą o inteligencji, wykształceniu czy obyciu. Owszem, można być profesorem/doktorem/magistrem i faktycznie posiadać te cechy...  ale można również posiadać formalne wykształcenie, a dalej być kretynem, ignorantem czy burakiem.

A ignorant z papierkiem jest gorszy od tego bez papierka, bo ma większe przekonanie o własnej nieomylności i zero pokory. Tak jakby ten dyplom to była taka licencja na głupotę.

4. Cztery razy po dwa razy

Trudne słowa, zawiłe zdania, powtarzanie tego samego po 5 razy - tak należy ponoć pisać, bo tak jest "naukowo". Podstawą prac naukowych jest często zwykłe lanie wody.

Nadinterpretacja rzeczywistości zaś to takie kawałki mięsa, które do tej wody się wrzuca.

I wychodzi zupa.

"nie ma dobrej pogody? To spisek Illuminatów!"

I to naprawdę niewiele się różni od bredni, które można spotkać w pracach "naukowych", gdzie do prostego faktu dobudowuje się z dupy wziętą teorię.

Kiedyś czytałem na zajęciach tekst, w którym ktoś udowadniał, że Facebook jest Bogiem. Linia argumentacji była mniej więcej taka, że skoro Facebook działa na całym świecie, w różnych strefach czasowych, to przez 24 godziny są na nim jacyś aktywni użytkownicy, którzy mogą ci odpisać/skomentować post, więc o każdej porze możesz się zwrócić o radę do Facebooka. Jak do Boga.

Okej...? Czy wobec tego stacja benzynowa jest Bogiem? Nie ogarniam. Czasem mam wrażenie, że to jeden wielki eksperyment Sokala

5. PRL mentalny

Dla niektórych ważniejsze jest to, czy nie masz zbyt dużo nieobecności od tego, ile wiesz. Możesz znać materiał, ale jak masz za dużo nieobecności na zajęciach, na których obecność jest obowiązkowa - jesteś spalony. Bo nie spełniłeś "wymagań formalnych". Przy czym często winę ponosi cały system studiów, a nie ten czy inny wykładowca.

W niektórych miejscach wciąż żyje i ma się dobrze mentalność rodem z PRLu. To trochę jak ci ochroniarze z BUWu, którzy będą się czepiać o wszystko. Nie odbiłeś legitymacji, nie przeszedłeś tą stroną co trzeba, nie zmieniłeś kurtki.

6. Studenci mają dużo entuzjazmu, ale i tak wychodzi nuda

Ludzie, którzy uczestniczą w kołach naukowych. Ludzie, którzy z dzikim zapałem organizują konferencje o niczym albo wydziałową wigilię. Ludzie, którzy najchętniej by wysławili pod niebiosa swój kierunek i wszystko, co z nim związane.

I po co to wszystko? Okej. Niektóre studenckie inicjatywy są super fajne. Np. projekcje filmowe. To jest coś, przy czym można się dobrze bawić i można zarazić pasją innych.

Jednak nie wszystko jest tak ciekawe. Większość tych inicjatyw to mega nudy. Okej, fajnie jest coś przygotować, poczuć się uczestnikiem (nawet noszenie krzeseł jest fajne!), ale... po co? Skoro głównym celem tych przygotowań jest jedna wielka nuda?

Albo wymuszona socjalizacja. Te wigilie wydziałowe z opłatkiem, kolędami i całą tą oprawą i odświętnością. Tzn. nie mam nic przeciwko socjalizacji i nawet uważam, że czasem jej jest za mało i przydałaby się jakaś porządna integracja całego kierunku (bo bywa, że ludzie się integrują tylko w zakresie swojej grupy). Ale takie rzeczy powinno się robić na luzie, w jakimś pubie, a nie w taki wymuszony sposób, bo zaczyna to przypominać podstawówkę i te wszystkie wymuszone klasowe wigilie.

7. Studenci są z(a)gubieni

Studenci to dziwna mieszanka ludzi, którzy są hop do przodu (o których mówiliśmy w poprzednim punkcie) oraz ludzi apatycznych, zagubionych, którzy nie wiedzą o co chodzi, albo ich to wcale nie interesuje.

Zamiast słuchać wykładu, to gadają albo bawią się komórką. Albo przeglądają Facebooka. Nawet na laptopach, jakby na komórce nie wystarczyło.

Pozdrawiam wydział fizyki, tam na ogunach wszyscy siedzą z laptopami, na których mają otwartego Facebooka, gry czy inne rozrywki (Niektórzy nawet programują. Wszystko widać, jak się siedzi za kimś XD).

Albo to milczenie, jak wykładowca spyta o cokolwiek studentów. Wtedy nikt się nie odezwie, wszyscy będą udawać, że ich tam nie ma i nie mają żadnych przemyśleń na temat, ani żadnej wiedzy, którą mogliby się podzielić. Zastanawiam się czy faktycznie nie mają, czy po prostu nieśmiałość.

To drugie to nawet rozumiem - sam już parę razy nie dostałem zaliczenia, bo byłem tak zestresowany, że nie mogłem totalnie nic z sensem powiedzieć na egzaminie ustnym czy przy mówieniu referatu.

Chociaż bywa także tak, że wykładowca pyta o dziwne rzeczy, wtedy też to rozumiem. Wykładowcy też bywają zagubieni i sami nie wiedzą, co powinni mówić, żeby trafić do studentów.

8. Ale bywają również studenci wymiatacze



Ale z drugiej strony ludzie na studiach czasem są tak ogarnięci, że wow. Latają, załatwiają jakieś stypendia (i im się to udaje, czyli muszą mieć wysoką średnią). Mają siłę czytać te wszystkie teksty na zajęcia i jeszcze o nich dyskutować na konwersatoriach, wchodzić w głębokie polemiki. Do tego potrafią połączyć studia, pracę zarobkową i jeszcze starcza im czasu na hobby. Piszą ładne, akademickie prace za które dostają 5 i 4...

Ja jak pisałem prace na zaliczenie semestru, to nawet jak się starałem to i tak zwykle dostawałem maks 3 i opieprz od wykładowców, że jest źle, że nie tak powinna wyglądać praca, że nie ma w tym głębi... Nie umiem w studia.

9. Społeczeństwo i tak nie zrozumie

Można sobie studiować, ale jeśli studiujesz kierunek niszowy, to przeciętny człowiek i tak nie będzie miał pojęcia co studiujesz.

Szykuj się na ciągłe pytania "co to za kierunek?", "czym to się zajmuje?", "co można po tym robić?" (swoją drogą w naszym kraju ludzie potrafią pomylić astronomię z astrologią, więc czemu się dziwić, że nie wiedzą czym się zajmuje np. etnologia?).

Pracodawcy też raczej nie będą zachwyceni i jak zobaczą w CV niszowy kierunek, to cię tylko wyśmieją i wyproszą za drzwi (true story). Więc wybij sobie z głowy, że studia pozwolą ci znaleźć pracę. Lepsze szanse będziesz miał, jak nie będziesz się w ogóle przyznawać do tego, że cokolwiek studiowałeś.

10.  Studia to niezła rozrywka.

Poznawanie ludzi jest łatwe.
Na studiach zawsze można znaleźć pretekst, żeby kogoś poznać. Wystarczy zagadać kogoś o wykład, notatki. 

Twoje życie kulturalne też rozkwitnie dzięki książkom wypożyczonym z BUWu (tj. z biblioteki uniwersyteckiej, w której są książki, o jakich się nie śniło osiedlowym bibliotekarkom - i co prawda każdy może sobie wyrobić kartę do BUWu, żeby czytać na miejscu, to wypożyczać mogą tylko studenci, pracownicy UW itp.).

Same wykłady też bywają fajne, wręcz rozrywkowe. Jak wykładowca jest dobry, to nawet wykład o radłach będzie ekscytującym przeżyciem. Inny wykładowca może opowiadać o kwarkach i elektronach w taki sposób, że masz wrażenie, że oglądasz pełen zwrotów akcji serial science-fiction.

Na UW jest też masę lektoratów, na które możesz się zapisać, niezależnie od tego jaki kierunek studiujesz (podobno nie na wszystkich uczelniach tak jest). Co jest fajne, bo nie dość, że studiujesz, to jeszcze masz kursy językowe za darmo (o ile nie wyczerpiesz żetonów).

I lektoraty również mogą być bardzo ciekawe. Rysowanie chińskich znaków w powietrzu, rzucanie piłeczką w ludzi na szwedzkim albo gra w "2 kłamstwa, 1 prawda" po słoweńsku. To wszystko i wiele innych atrakcji cię czeka na studiach. Mnóstwo zabawy.

A wy, co wynieśliście ze studiów?

P.S. Jeśli ci się podobał wpis, to możesz mnie także śledzić na Instagramie (@luke.j.li)

Tam też będą się pojawiać informacje o nowych wpisach.

Komentarze

Popularne posty