Co wyniosłem ze szkoły?


Wpis wspominkowy. Z okazji Dnia Nauczyciela współczuję wszystkim uczniom i sobie, że w ogóle musiałem chodzić kiedyś do szkoły.


nie wychylaj się 


W szkole lepiej się nie wychylać i nie być zbyt pilnym uczniem. Bo cię za to ukarzą.

Pamiętam jak w pierwszej klasie podstawówki zrobiłem za dużo zadań w domu. Miałem napisać jedną stronę literek, a napisałem z trzy strony. Przez pomyłkę. Mój kolega z ławki również w ten sposób napisał.

I co się okazało?

Otóż zostaliśmy ukarani za pilność. Nauczycielka nakrzyczała na nas i kazała nam ścierać wszystko gumką (bo w 1 klasie musieliśmy pisać ołówkiem, właśnie dlatego, żeby móc to zetrzeć, kiedy ktoś zrobi za dużo)

Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że nauczyciel jest wrogiem ucznia.

Ta sama nauczycielka ciągle miała jakieś wąty do mnie. W końcu usunęła mnie złośliwie ze swojej klasy pod jakimś głupim pretekstem.

syndrom sztokholmski

Trafiłem do sąsiedniej klasy, gdzie nikogo nie znałem (w poprzedniej klasie chodziłem do klasy z osobami, które znałem jeszcze z zerówki). Zamknąłem się w sobie na jakieś 2 lata. Byłem przestraszony i przestałem się odzywać. Na serio. Po prostu blokada psychiczna przed mówieniem słów. Jakieś tam głupoty mówiłem do nauczycieli tylko. Ale do uczniów po prostu się bałem. Zresztą był tam grany bullying, w tej klasie.

Tzn. dzieciaki są jakie są, wiadomo, że kogoś pobiją, komuś oplują kurtkę, to się zdarza i jest normalne.

Potem jednak te osoby okazały się całkiem fajne. Zresztą gdy byłem w trzeciej klasie, zaproponowano mi przejście do czwartej (z racji tego, że trzecia była zwyczajnie dla mnie za łatwa). I cóż, pochodziłem do tej czwartej z kilka tygodni (albo i dłużej, nie pamiętam), ale zrezygnowałem, bo nie za bardzo się dogadywałem z nową klasą (czwartą), a tęskniłem do swojej starej klasy (trzeciej). Zawsze się zbyt szybko przywiązywałem do ludzi.

kwantowe skoki 

Chociaż w sumie był też inny powód - w czwartej klasie był mega większy poziom i też sobie trochę nie radziłem z nadrabianiem zaległości. I to jest zresztą problem systemowy. Nie wiem jak teraz, ale u mnie było tak, że 1-3 klasy podstawówki nic się nie robiło, potem nagle 4-6 klasa była bardzo trudna, ale potem gimnazjum znowu było bardzo łatwe i niczego nas tam nie uczyli za bardzo. A potem znowu liceum i znowu - w liceum był o wiele wyższy poziom niż w gimnazjum.

Tak jakby co drugi etap był trudny. Studia też są w sumie łatwiejsze niż liceum, przynajmniej dopóki chodzi o samą wiedzę do zakucia (gorsze są prace pisemne, bo w sumie nie wiadomo do końca jak je pisać).

Tylko, że od tego można kręćka dostać. Człowiek się przyzwyczaja do pewnego poziomu przez 3 lata, a potem nagle skok kwantowy.

upokarzanie



Druga klasa bodajże. Przerwa się skończyła, więc chcąc być pilnym uczniem zacząłem biec do klasy (żeby szybciej zdążyć na lekcję).

Jednak zatrzymała wysoka pani w okularach i zaciągnęła mnie siłą do swojej klasy.

Tak, do swojej klasy, którą ona prowadziła. A nie do mojej.

Postawiła mnie przez grupą starszych ode mnie uczniów i powiedziała
"patrzcie, oto jest uczeń, który nie umie chodzić po korytarzu", po to, żeby mnie upokorzyć przed całą grupą, żebym nie biegał. Czułem się zawstydzony jak nigdy.

Czwarta klasa, albo coś koło tego. Nauczycielka pracy techniki kazała nam pisać przez 1,5 godziny (mieliśmy dwie lekcje z rzędu) kilka stron w zeszytach A4.

Dyktowała nam jakieś pierdoły o witaminach. Każdą witaminę z osobna omawialiśmy. Najgorsze było w tym, że ręka mnie bolała potwornie. Jeszcze robiliśmy eksperymenty i pani paliła nitki.

Nie byłoby w tym nic złego, nawet fajny eksperyment, gdyby nie to, że potem kazała nam pisać znowu kilka stron o tym, w jaki sposób się pali bawełna, w jaki sposób wełna, a w jaki sposób celuloza czy inne gówno. Po co to komu. Miałem wrażenie, że ta baba robi to tylko po to, żeby nas pognębić 90 minutami ciągłego pisania. No chyba, że faktycznie oczekiwała od nas, że będziemy palić w domu bawełnę i ta wiedza faktycznie się nam przyda.

Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że program szkolny jest zjebany. No dobra, to intuicyjnie czułem już od pierwszej klasy, ale wtedy dopiero uświadomiłem to sobie intelektualnie.

No, serio.

Nauczycielka WF też się zachowywała w taki sposób, jakby była zjebana. Graliśmy w piłkę i ktoś przeklął, ona nie usłyszała kto, to zabierała nas z boiska i przerywała lekcję. Kazała nam się przyznać. A jak się nikt nie przyznał, to całej klasie stawiała jedynki.

No i w ogóle wyżywała się na nas, ciągle wydzierała mordę.

Była to wielka niesprawiedliwość.

rewolucja


Gimnazjum. To my byliśmy górą. Swoją drogą nie rozumiem, czemu ludzie się dziwią, że uczniowie gimnazjum są tak rozbrykani, nie szanują nauczycieli i wsadzają im śmietnik na głowę? No ja się nie dziwię szczerze mówiąc. To po prostu zemsta za całe lata upokorzeń.

Tzn. my byliśmy grzeczni i w gimnazjum nie wsadzaliśmy nikomu śmietnika na głowę.

Rzucaliśmy tylko w nauczycieli papierowymi samolocikami, albo przyklejaliśmy im kartki do pleców.

A jeśli nawet używaliśmy śmietnika, to w pokojowych celach. Podstawialiśmy kosz pod salę, pukaliśmy i zwiewalimy. W ten sposób, jak nauczyciel otworzył, to śmietnik wywalał się na podłogę.

Było też tak, że rzucaliśmy się doniczkami po sali. I było kupę ziemi na podłodze i rozwalone doniczki. Kupę radości.

No i to wieczne przerywanie nauczycielom i przeszkadzanie w prowadzeniu lekcji.

Niektórzy nauczyciele nie wytrzymywali z nami i szli się poskarżyć dyrektorce, wychowawczyni, czy komuś innemu.

Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że nauczyciele to tchórze.

liceum-muzeum


Nauczyciel informatyki w liceum umożliwił nam pracę na sprzęcie Apple.

Nie oznaczało to wcale pracy na nowoczesnych iMakach... tylko na starych Macintoshach z lat 80 (tak na oko). Czarnobiały ekran, zamulająco działały. Facet był do nich strasznie przywiązany. Przez tyle lat prowadził na nich lekcje, że się przywiązał emocjonalnie. I mimo, że mieliśmy nowoczesną salę informatyczną z Windowsami i tak dalej, to była ona wykorzystywana tylko... do grania w Counter Strike. Bo nasz szkolny informatyk nie umiał obsługiwać Windowsów (dobra, chyba teraz stałem się taki jak on, bo też jak mam komuś pomóc, kto akurat Windowsów używa, to nie umiem. No bo od paru lat tylko na Maku albo Linuksie działam i przestałem rozumieć Windowsy).

Facet nam kazał wkuwać na pamięć formułki np. "komputer jest to skomplikowane urządzenie elektroniczne".

Albo kazał nam przeliczać kody szesnastkowe.

Problem w tym, że facet sam tego dobrze nie umiał. Zrobiłem dobrze - dostałem jedynkę.

Facet oczywiście strasznie się mądrzył i na każdym kroku próbował się wylansować na wielkiego znawcę, a tak naprawdę niewiele wiedział.

I tak - niby była to klasa matematyczno-informatyczna, a w zasadzie już w gimnazjum mieliśmy wyższy poziom informatyki.

Ten pan pokazał nam również kiedyś taką wielką dyskietkę. Cholera. Była naprawdę wielka. I powiedział, że my nie pamiętamy, ale on pamięta takie wielkie dyskietki.

Ta sala informatyczna równie dobrze mogłaby uchodzić za liceum informatyki.

O captain! My captain!


Żeby nie było tak negatywnie, muszę wspomnieć o paru jasnych punktach, jakie wnieśli nauczyciele.

Pani od matematyki w podstawówce (która już nie żyje [*]). Ostra nauczycielka, ale dobra. I robiła różne mini-konkursy z matematyki. I miałem z nich różne plusy, piątki czy szóstki. Bo pisała na tablicy zadanie i mówiła, że kto pierwszy zrobi, to dostanie plusa/piątkę/szóstkę itp. w zależności od zadania. No i oczywiście często tą osobą byłem ja.

Nauczyciel niemieckiego w liceum. Jedyny nauczyciel niemieckiego, który faktycznie coś umiał. Był pół-Niemcem. I tłumaczył nam rzeczy, których inni nauczyciele niemca nie umieli nas nauczyć (miałem wcześniej ileś nauczycielek niemieckiego, i każda nauczycielka zaczynała z nami program od nowa. I w zasadzie nic mnie nie nauczyły, skoro się zmieniały co rok, dwa lata). I nauczył nas mówić umlauty i ogólnie prawidła wymowy, których nikt nas wcześniej nie nauczył poprawnie.

Chociaż dalej nie umiem jeszcze w niemiecki, ale przypuszczam, że gdybym miał z tym nauczycielem lekcje od podstawówki, to bym umiał.

*** 

I na zakończenie filmik podsumowujący. Z tym kolesiem pewnie mogłoby się zgodzić wiele byłych uczniów:

Co wyniosłeś ze szkoły?

A może się mylę? Co wy wynieśliście ze szkoły? Może macie inny, może bardziej optymistyczny obraz tej instytucji? Zapraszam do dzielenia się tym w komentarzach :)

Komentarze

Popularne posty