Opowieść o dwóch pisaczkach (Zig i Tombow)



Stało się. Kilka dni temu zakupiłem kolejnego brush pena. Wiecie, to taki pisak, który ma pędzelek na końcu i można naciskać mocniej albo słabiej i linia jest cienka albo grubsza. Można wykorzystywać do rysowania, można do pisania. I ja właśnie do pisania wykorzystuję, bo stawiam pierwsze kroki z kaligrafią.

Poprzednio miałem Kuretake Zig Art & Graphic Twin i o ile trudno było go obsługiwać z początku (bo odrobinę mocniej nacisnąłem i robiły się za duże kreski, niemal plamy), to i tak był fajny. Pozwalał mi na poczucie się artystą 😺

Tylko, że raptem po kilku tygodniach zaczął się wycierać, wysychać, czy cholera wie, co robią pisaki kiedy zaczynają gorzej pisać.

Popatrzcie sami. Tak pisał wcześniej:



A tak teraz. Słabo się pisze i skrzypi. Co prawda pisak jest dwustronny, i druga strona działa okej. Ale tam nie ma pędzelka...



Co ciekawe już pierwszego dnia (po iluś zapisanych kartkach) zobaczyłem, że zaczyna być nieco bardziej szary przy dłuższych kreskach. A po kilku tygodniach od zakupu - łup. Trzeba kupić nowego. Nie mówię, że to wina pisaka, może zbyt intensywnie go używałem. Może przez to, że za mocno przyciskałem i zbyt dużo tuszu naraz wypływało na kartkę. No i jeszcze ten pędzelek się dziwnie zdeformował na końcu.



A to podobno dobra firma, ta Kuretake, chwalą ją w necie. Oprócz tego mojego robi różne inne pisaki, poza tym pomaga roztapiać śnieg z pól golfowych. Na serio. Mają specjalny produkt do tego. Rozpryskują jakąś tam sadzę i śnieg się topi. Przynajmniej tak, jak sobie to wyobrażam, bo nie napisali wiele o tym.

W każdym razie niby dobra firma, ale jednak nowego pisaka kupiłem już innej firmy i nabyłem coś, co nazywa się Tombow Fudenosuke. I cóż. Jest on zupełnie innym brush penem. Bardziej drobnym, zarówno w kształcie, jak i tego, jak pisze. Kreska jest mniejsza. Teoretycznie to lepsze rozwiązanie dla początkujących, więc teoretycznie lepiej nim się mi powinno pisać.



Teoretycznie. W praktyce o ile faktycznie korzystając z tego nowego pisaka nie robię jakichś wielkich plam (zarówno na papierze, jak i mniej tuszu mi zostaje potem na ręce), to jednak mam inny problem - czasem za słabo dociskam tego Tombowa (chcąc uzyskać cienką linię) i rezultatem jest, że w ogóle żadna linia się nie pojawia na kartce. Czyli trochę przerywa, trzeba bardziej zdecydowanie pisać, nie można liczyć na to, że lekko się muśnie po płaszczyźnie i pojawi się linia (tak jak to było w poprzednim). No i nie mam tego poczucia, że jestem artystą, które miałem korzystając z poprzedniego pisaka 😿

No i ogólnie samo uczucie - w przypadku ZA&GT bardziej się "płynęło", a przy użyciu TFS mam uczucie takiego skrobania kartki.

Z drugiej strony TFS pozwala na bardziej precyzyjne pisanie. Prawie jak pisanie cienkopisem. Tylko, że można regulować grubość linii przy pisaniu i zrobić z cienkopisu "grubopis".

Czyli jakie ogólne podsumowanie?

Wydaje mi się, że te dwa brush peny można wykorzystywać po prostu do innych celów. ZA&GT do większych napisów, TFS do mniejszych. ZA&GT do większej ekspresji, jak chcesz po prostu polecieć pisakiem po kartce jak pędzlem i łup, jak popłynie kreska. Radość, spontaniczność. Ale jednocześnie trzeba być ostrożnym. Można poczuć się jak chirurg, który musi uważać, gdzie kroi pacjenta bo pokroi za głęboko i będzie kłopot. Ale mimo wszystko taki jakby wesoły chirurg, który czasem kroi gdzie popadnie. A TFS do większej precyzji, jak chcesz precyzyjnie coś napisać i jak chcesz, żeby to było czytelne.

Może następnym razem kupię coś pośredniego?


Komentarze

Popularne posty